

|
Maciej Wojciechowski
MACIEJ WOJCIECHOWSKI
Urodzony 15 lutego 1964 roku w Warszawie.
Studia na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w latach 1983-1988, w pracowni prof. Wandy Paklikowskiej-Winnickiej. Dyplom z wyróżnieniem w roku 1988. Od 1988 roku jest asystentem na Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W roku 1999 uzyskał stopień adiunkta. Pracuje nadal na Wydziale Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki ASP.
Wystawy indywidualne:
1987- Galeria „Wierza” (sic!), Warszawa
1988- Stara Kordegarda w Łazienkach Królewskich, Warszawa
1991- Galeria „Foyer” Filharmonia Lubelska, Lublin
2000- Galeria Agencji Artystycznej ASP, Warszawa
2003- Galeria „Elektor”, Warszawa
Wystawy zbiorowe:
1988- Pierwszy Pokaz Osobny, Muzeum ASP, Warszawa
Wystawa Laureatów Konkursu im. Z. Czermańskiego, Muzeum ASP, Warszawa
1989 „Grupa 21” Rekomendacje, Galeria „Studio”, Warszawa
Polska Dekada, Bruksela
1990- Ogólnopolska wystawa Prac Dyplomowych, Dyplom 88/89, Toruń
1998- Galeria Miejska, Wrocław
2001- Galeria Agencji Artystycznej ASP, Warszawa
2004- „Powinność i bunt”- wystawa z okazji stulecia istnienia Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, Galeria „Zachęta”, Warszawa
Kiedy w 1988 roku zobaczyłem dyplomowe obrazy Macieja Wojciechowskiego, było to wówczas przenikliwe odczucie spotkania z malarstwem wyjątkowym, które pozostaje w dobrej pamięci na całe życie. Poczułem wtedy od pierwszej chwili ten szczególny rodzaj ciszy, skupienia, zatrzymania i olśnienia czymś bardzo świeżym, bardzo indywidualnym, oczyszczającym i prawdziwym: to coś, co upewnia, że mamy do czynienia z dziełem wyjątkowego formatu. Głębia i intensywność wyrazu tych płócien przywoływała skojarzenia z dawnymi mistrzami, choć bardziej pod względem rodzaju skupienia i jakiejś pełni wyrazu, a nie podobieństw powierzchni malarskiej, ponieważ obrazy te przynosiły przecież bardzo osobiste, rozpoznawalne dotknięcie, które tylko powierzchowny osąd (dyktowany zazdrością lub pewnym rodzajem wybiórczego niedowidzenia) mógł kwitować zarzutem anachroniczności czy prostych analogii z malarstwem ubiegłych stuleci. W pamięci innych osób, tamten okres w malarstwie Wojciechowskiego do dzisiaj zachował niepowtarzalną – jak dotąd – siłę.
Na tle wielu ówczesnych, niby nowoczesnych i niby szalenie ekspresyjnych usiłowań - przedstawiały się te obrazy jako coś zaskakująco świeżego, o niezwykłej sile ekspresji, krzyczącej przejmującą ciszą, a nie doraźnym, rozpaczliwym wyładowywaniem chwilowych emocji. Wtedy, w 1988 roku, zobaczyłem w Wojciechowskim malarza, który mógłby naprawdę przyczynić się do odświeżenia współczesnego malarstwa swoją pozornie „anachroniczną” twórczością - przyczynić się do odbudowywania tego, co zostało rozmienione na drobne w marnej rzeczywistości naszego czasu, w pośpiechu, w dorywczości działań, w wiecznym jakby mnożeniu szkiców do obrazu, który niby dopiero ma być – szkiców dorywczych i ciągle uchylających się przed próbami wyrażania pełni. Dawni mistrzowie byli naprawdę wielcy, bo wyrażali się pełnią formy w bogatej rozpiętości malarskich środków: światłem, malarskim budowaniem bryły, głębią koloru i trafnością formy wydobywali ukrytą siłę, w której zawiera się zarówno realność rzeczy jak i prawdziwie mądra, głęboka abstrakcja, esencja rzeczywistości. Tamte obrazy Wojciechowskiego dawały - w moim (i nie tylko moim) odczuciu – zapowiedź takiej właśnie drogi. Zarazem rozwiniętej w sposób naprawdę współczesny, ze świadomością późniejszego rozwoju malarstwa.
W następnych latach nadal uważnie przyglądałem się malarstwu Maćka, czemu dałem wyraz m.in. w formie spisanych moich wrażeń z wystawy w Auli Akademii Sztuk Pięknych w 1999 roku. Pojawiło się więcej ekspresji gestu, ekspresji bardzo swobodnej, nieraz brutalnej, więcej świadomej deformacji, więcej szkicowości. Ujęcia stały się bardziej płaszczyznowe, uogólnione, zmierzające w stronę „wyrafinowanej prostoty”. Inne było już światło w tych obrazach, inny klimat, inny stosunek do malarskiego wydobywania bryły światłem, a gama kolorystyczna – bogata w obrębie wyznaczonych przez malarza granic – jeszcze bardziej zawężała swoje obszary. We wstępie do katalogu ubiegłorocznej wystawy Maćka w galerii „Elektor”, w jego odejściu z tamtej wcześniejszej drogi upatrywałem przede wszystkim świadomą decyzję malarza wciąż poszukującego. Jak sugeruje sam artysta, duży wpływ na to odejście miała także zmiana warunków. Tak czy inaczej – w odczuciu wielu spośród osób, które pamiętają tamte obrazy (także moim własnym) droga nie wyczerpała wtedy swoich możliwości, choć ciągle Wojciechowski pozostaje artystą o głębokiej kulturze, a jego twórczość naznaczona jest wielką wrażliwością w odczuwaniu – a następnie malarskim transponowaniu - rzeczywistości w subtelnym pryzmacie własnego życia wewnętrznego. Dlatego ciągle czekam na jego następne obrazy i ciekawi mnie jakie będą te najnowsze, które – w chwili, gdy pisałem ten tekst – były jeszcze dla mnie nieznane.
Jacek Barszcz
|